wtorek, 6 grudnia 2011

Wrócę po Ciebie


A co ja bym zrobiła, gdybym mogła przeżyć jakiś dzień jeszcze raz? Czy chciałabym w ogóle coś zmieniać? I jaki przyniosłoby to skutek? - takie trzy pytania nasunęły mi się po lekturze powieści Gauillaume Musso wydana przez wydawnictwo Albatros 'Wrócę po Ciebie'. To trzecia książka tego autora, którą miałam okazję przeczytać, a chyba najbardziej chwyciła mnie za serce- być może związane jest to z tym, że główny bohater jest psychologiem, a ja też kształcę się w tym kierunku? Tego nie wiem, wiem natomiast, że z Ethanem może się identyfikować duża ilość osób, które w pewnym momencie swojego życia- często właśnie jest to okres wczesnej dorosłości- postanawiają postawić wszystko na jedną kartę, zmienić swoje dotychczasowe życie, miejsce zamieszkania, towarzystwo, zainteresowanie. Dosłownie wszystko. Zmienić siebie. Książka ukazuje nam gorzką prawdę- przede wszystkim to, że nie zawsze sytuacje i rzeczy o których marzyliśmy, typu zawodowy prestiż czy chęć posiadania- są dla nas najlepsze. Druga sprawa dotyczy tego, jak ciężko jest zmienić przeznaczenie- to też typowo ludzkie, prawda? Po czasie często żałuje się swoich wyborów i rozmyśla nad tym, czy nie czegoś nie mieliśmy okazji zrobić lepiej. Może nawet nie lepiej, a inaczej?

Pewnego pozornie spokojnego dnia w życiu Ethana, który od pewnego czasu boryka się z niezrozumieniem siebie i z ogólną niechęcią do życia, dokonuje się przewrót. Nie chcę się tu wgłębiać w to jaki to przewrót, nie ma tu miejsca na spoilery. Jednak ten przewrót nie jest dla niego optymistyczny. Przeciwnie- jest przerażający. Przez kilka kolejnych dni Ethan ma szansę przeżyć jednak ten dzień jeszcze raz- i zmiany jego wyborów w danym dniu wpływają na przebieg wydarzeń...

Książka wzrusza, książka pozwala na refleksje, książka zmusza do zastanowienia się nad swoim życiem. Jak również nad zmianami zachodzącymi w nich. Musso się lubi albo nie- niektórzy zarzucają mu, że jego powieści są zbyt 'baśniowe', że ma tendencję do zapożyczania pomysłów, że na siłę stara się upodobnich do pisarzy uznawanych w dzisiejszych czasach za popularnych (typu Coehlo)- jednakże nie mogę się z tym zgodzić. Myślę, że Francuzowi przychodzą do głowy pomysły bliskie każdemu człowiekowi, tyle, że pisarz stara się je przelać na papier. A wielu z nas po prostu tego nie robi. Nie zgodzę się również z tym, że wiadomo od razu jak potoczą się kolejne zdarzenia- z niecierpliwością czekałam na to co tym razem zdarzy się w kolejnym-tym-samym dniu Ethana.

Powieść jest pełna emocji i to niewątpliwa zaleta książki. Lubię czytać i CZUĆ.

Jedyną wadą jaką mogę wytknąć powieści jest bardzo prosty język, chwilami wydający mi się po prostu płytki- i znowu nie chcę zrzucać winy na autora, bo nie znam książki w oryginale. Jednakże, ta drobna wada nie wpływa na jakość przedstawionej historii. Polecam każdemu, kto w zimowy wieczór pod kocem z herbatką czy kakao w ręku zwyczajnie potrzebuje wzruszenia.

Ocena: 9/10

Zdjęcie pochodzi z serwisu lubimyczytac.pl

niedziela, 4 grudnia 2011

Heartwork



Wiosną tego roku przypadkiem uczestniczyłam w pokazie filmów krótkometrażowych FUTURESHORTS. Od tego czasu niezwykle fascynują mnie krótkometrażówki, jest coś fenomenalnego i niekomercyjnego w tym, co można pokazać przez zaledwie kilkanaście minut. Dlatego również tutaj podzielę się recenzjami tego, co krótkometrażowe, a co kocham i uwielbiam.

Większość filmów krótkometrażowych umieszczona jest w serwisie youtube, więc każdy z Was może się z nimi zapoznać, do czego gorąco namawiam!

Na pierwszą recenzję zasłużył film, który najbardziej mnie zaczarował- tj. Heartwork w reżyserii Nilsa Strüven (Niemcy, 2010). Do filmu został wykorzystany niesamowity utwór Trentemøller- Moan i to jest właściwie jeden z elementów filmów krótkometrażowych, który wpływa na jakość jak i wyróżnia ten dany film spośród innych. W krótkometrażówce trudno przedstawić historię (szczególnie w takiej do 10 minut) gdyby nie było odpowiedniej muzyki. Uważam, że reżyser wybrał utwór, który całkowicie i absolutnie oddaje klimat filmu.

Film opowiada o miłości- czego łatwo się domyślić po tytule. Jednak jak to w życiu bywa- miłość nie jest sprawą prostą ;) Nasza bohaterka chciałaby kochać i być kochana jak każda kobieta.

Wieczór, wietrzny Berlin i ona- nieszczęśliwa. Są też kluby, uwodzenie, mężczyźni, używki, tęsknota, przypadkowy seks, poranek 'po' i... dwie wspaniałe postaci, pan-serce i pani-serce - tak ich właśnie nazywam. To oni nas do siebie przyciągają. I to oni nie pozwalają niektórym ludziom żyć osobno. Towarzyszą nam cały czas, czy tego chcemy, czy nie...

Na uwagę zasługuje scena w bibliotece, między bohaterką filmu a panią-serce. Jest to dla mnie najbardziej prawdziwe ukazanie społeczeństwa XXIwieku, ludzi, którzy chronią siebie, nie dopuszczając do siebie uczuć. Wybierają życie pozornie łatwiejsze, ale to nie powoduje, że są szczęśliwi..

Istotna jest również scena ostatnia, gdy bohaterka łapie się za klatkę piersiową, coś jakby bolało ją serce. Pani-serce prowadzi ją wycieńczoną do równie wycieńczonego mężczyźny przy którym stoi pan-serce. Czyżby tylko uczucia mogły ich uratować?

Mężczyzna i kobieta stoją i patrzą na siebie... klaps końcowy.

Krótkometrażówki dają wiele do myślenia, wytwarzają specyficzną atmosferę. Są trochę jak nowele- mamy punkt kulminacyjny, potem akcja powoli spada.. Jeśli macie 10 minut- obejrzcie, naprawdę warto! Reżyser w ciągu 10 minut pokazał prawdę o uczuciach w XXI wieku.

Ocena: 10/10

Tysiąc dni w Wenecji



Literatura 'włoska' jest mi bliska od czasu przeczytania przeze mnie 'Trzech metrów nad niebem' Federica Moccia. Z zapałem sięgam od tego czasu po wszelkie książki o tematyce Włoch, miłości, miłości we Włoszech czy włoskiej miłości ;) 'Moda na Włochy' w bardzo szybkim tempie wniknęła do literatury, dając nam czytelnikom, możliwość ujrzenia Włoch i Włochów z różnych perspektyw i różnych stron.

Co więcej- o Włochach nie traktują na ogół sami Włosi, a autorzy innych narodowości. Wychodzi im to jednak z różnym skutkiem.

Powieść Marleny de Blasi, amerykańskiej dziennikarki, kulinarnej pasjonatki to opowieść o dojrzałej miłości, kobiecie po przejściach, odnajdywaniu siebie na tle włoskiego klimatu, krajobrazu i wśród atrakcji kulinarnych, które serwuje nam autorka. Na końcu znajdziemy przepisy, którymi Marlena urozmaiciła historię swojego życia. Tak- autorka jest główną bohaterką książki i to jej swoistego rodzaju autobiografię poznajemy przechadzając się wraz z nią uliczkami Wenecji czy też próbując zimny i obcy dom Fernanda zamienić na ciepłe, pełne miłości miejsce...

Książka jest I częścią trylogii Marleny de Blasi (Wydawnictwo Literacke), (druga część opowiada o Toskanii, trzecia natomiast o Orvieto). Dwóch pozostałych nie miałam okazji jeszcze czytać i nie wiem czy to zrobię, ponieważ książka... nie zachwyciła mnie. Momentami mnie nużyła, momentami miałam wrażenie, że bohaterka nie wie czego chce, że jest zbyt dojrzała, żeby stworzyć dobry związek z Włochem (Fernando przejawia wszelkie cechy temperamentalne Włocha, na pewno nie jest łatwo zbudować relację z kimś takim- mimo tego że sam jest mężczyzną dorosłym, a nie porywczym nastolatkiem, wydawał mi się momentami o wiele, wiele młodszy).

Nie irytuje mnie natomiast początek, tak często wytykany w recenzjach jako główna wada książki. Moim zdaniem cudowny początek, nieznajomy, miłość od pierwszego wejrzeni- to elementy stałe, tworzące z obrazem Włoch wspólną całość. Bohaterka miała po prostu wiele szczęścia- przeznaczenie sprawiło, że mogła poznać smak cudownej włoskiej miłości.

Opowieść ta powinna zachwycić osoby, których pasją jest kuchnia, którzy śledzą kulinarne przepisy i którzy uwielbiają przyrządzać nowe dania. Na pewno historia ta kojarzy mi się z zapachem czarnej włoskiej kawy, morskich fal i różnorakich przypraw.

Jednakże, jako że jest to n-ta powieść o tematyce Włoch, oczekiwałabym, że coś szczególnie mnie w niej urzeknie. Poza stroną kulinarną, książka jest zwyczajna. Może to kwestia tłumaczenia, może do kwestia stylu autorki, może to kwestia tego, że jako osoba młoda nie rozumiem tak dojrzałej miłości. A może po prostu nie pasjonuję się wystarczająco kulinariami, żeby powieść mnie zachwyciła?

OCENA: 4,5/10

Zdjęcie pochodzi z serwisu lubimyczytac.pl

Słowem wstępu...

W końcu nadszedł ten dzień, gdzie wszystkie pisane na papierze opinie o książkach/filmach/płytach, zwane potocznie recenzjami postanowiłam umieścić w sieci.
Studia polonistyczne oraz chęć rozwijania się w kierunku krytyki literackiej/artystycznej wymusiły na moim sumieniu założenie tego bloga (wzbraniałam się przez tym tylko dlatego, że serwis jest dla mnie zwyczajnie trudny, za czasów moich nastoletnich zabaw z htmlem nie miałam tylu problemów, ubolewam więc, że wcześniej nie zapoznałam się z blogspotem.
Myślę jednak, że 20 rok życia, jak i końcówka roku 2011 są dobrą okazją, żeby zaistnieć w sieci. Od długiego czasu podczytuję różne blogi czytelnicze, a teraz będę mogła Was oficjalnie obserwować, komentować i zachęcać również do czytania moich literacko-twórczych wypocin.

Tak więc, trzymajmy kciuki za mój zapał!