wtorek, 28 maja 2013

Niektórzy lubią poezję.

Dzisiaj jest nostalgicznie, jest wczesny ranek, więc będzie powrót do poetyckich "korzeni". Kiedy to było...

Historia jednej znajomości

był dla mnie dżentelmenem
(to takie przestarzałe słowo)
był też jak
Englishman w piosence Stinga
spacerując rozszerzał żyły i
zaparzał herbatę serca

życie na gorąco

zielone baloniki - te na szczęście
występują tylko w piosenkach
dla wrażliwych nowojorskich dam
gorzkiego serca
popijających kawę przy piątej alei

tamtego popołudnia

grało wszystko
jak w szwajcarskim zegarku
jednak nigdy nie spędzaliśmy
poranków w Genewie
zastanawiając się
czy Słowacki naprawdę kochał Szwajcarię

czy była tylko w jego snach.


nowojorska dama i angielski pan.

A już w niedzielę Lana!



niedziela, 26 maja 2013

Debiut w kamerze ;)

Dawno mnie tu nie było, ale pochłonęła mnie praca, uczelnia, projekty, badania.

Ale... już są!!! Wyszło lepiej niż myślałam ;)



Spełnienie moich marzeń wywiadowych, opięczętowane stresem i całym dniem oczekiwań - wywiad robiliśmy o 1 w nocy!

No i drugi, właściwie pierwszy, kiedy poziom stresu osiągnął ekstremum:




Twierdzę, że kamera nie jest dla mnie, ale była to fajna, niezwykła przygoda ;)





wtorek, 30 kwietnia 2013

Niemiecka muzyka i brak czasu

Tyle powinnam tutaj napisać, ale to nawet nie brak zapału, tylko jakieś dwudniowe zmęczenie. Wciąż nie skończyłam sesji zimowej, co doprowadza mnie do szału - nawet nie mam kiedy odpocząć.

Mam mnóstwo do ogarnięcia, w pokoju i życiowo.

Wczoraj miałam niemiecki kryzys, ale nie poddałam się i na śpiąco przerobiłam powtórki, dlatego jestem z siebie niewyobrażalnie dumna.

Przeczytałam 3 książki, obejrzałam 2 filmy, załatwiłam mnóstwo spraw "na mieście", przygotowałam sobie trochę materiałów na nowy rok akademicki, zrobiłam dobry wywiad.. :)

A tymczasem zostawiam Wam tu trochę niemieckiej muzyki sprzed paru lat!

Romantyczno-wolno-nostalgicznie:


Taki z niego Niemiec, jak ze mnie, ale to jeszcze z czasów niemieckiej VIVY +! I wyraźnie w miarę, więc warto posłuchać :



No i perełka z mundialu 2006, pewnie każdy kojarzy.. Ale tym razem po niemiecku ;)



Dobranoc!

piątek, 26 kwietnia 2013

Nietypowe sposoby na naukę języków

Przyznam, że okropnie mi się nie chce. Jestem zalatana, zabiegana, nie mam czasu poleżeć i popatrzeć w sufit. Mimo, że dziś TAK OKROPNIE MI SIĘ NIE CHCIAŁO przed północą zmusiłam się do niemieckich powtórek. Poszło gładko, także siła motywacji bywa wielka ;)

Jestem w trakcie przygotowywania rankingu moich ukochanych bajek Disney'a i podczas opracowywania tej notki wpadłam na świetny pomysł - może ulubione niemieckie bajki mają na youtube swoje niemieckie wersje? Ano, mają. Ale zetknięcie się z nimi, szczególnie tymi najukochańszymi, najbardziej znanymi, było dla mnie szokiem. Siedziałam przed laptopem i myślałam 'Boże, jaki ten język jest brzydki'.


Dla przykładu wstawię tutaj jedną z najbardziej ulubionych piosenek z bajek: "Ty i ja" z Olivera i spółki (znam tę bajkę na pamięć, zawsze na niej płaczę i wcale się tego nie wstydzę! Moja kaseta video z Oliverem była przerobiona na wszystkie możliwe strony).

Tak pięknie brzmi po polsku :)



A tak po niemiecku...



Dobra jest też polska wersja z Arielki:



A po niemiecku brzmi tak:



I na koniec zostawiłam Pocahontas (chyba wszyscy pamiętają):



I w języku zachodnich sąsiadów:



No i na koniec, mix niemieckich piosenek :



Z boku youtuba znajdziecie również te wersje w innych językach.

Zachęcam do próby nauki "na piosenkach z bajek" języka, którego się uczycie. To dość nietypowy sposób, ale pozwala zapamiętać niektóre zwroty. A poza tym lepiej uczy się z czegoś, co niekoniecznie jest książką ;) Za jakiś czas przypomnę inne piosenki i nie tylko po niemiecku . Tymczasem - dobranoc! Ps. A jaka jest Wasza ulubiona piosenka Disneya? I w jakim języku? ;)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Time flies..

Czas leci nieubłagalnie... To już kwiecień. Oby okazał się bardziej owocny od poprzednich miesięcy. Mimo, że blizna wciąż daje o sobie znać, jest już o wiele lepiej...

Dzisiaj postanowiłam wstawić recenzję projektu muzycznego, który mnie naprawdę zafascynował.



Gdy reprezentacja narodowa gra ważny mecz, wszyscy* jesteśmy Polakami. Nie wszyscy z nas pamiętają jednak, że dawno, dawno temu, w czasach, w których ziemie polskie porastały bujne lasy, nasi przodkowie nazywali się byli Słowianami. Nawet jeśli uważaliśmy co nieco na lekcjach historii, na pewno nie sięgamy na co dzień do pradawnej kultury i muzyki. Polski producent muzyczny – Donatan postanowił zrealizować nietypowy projekt – wrócić do pradawnych brzmień i połączyć je z ... rapem. 

Śmiało można powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę. Do współpracy przy płycie zostało zaproszonych 33 raperów oraz zespół Percival, który według mnie stanowi rdzeń tej produkcji. Grupę tę tworzą ludzie zafascynowani archeologią i pradawną historią, wykonują muzykę Słowian i Wikingów.


Można mieć wrażenie, że płyta Donatana jest skrupulatnie realizowana zgodnie z pierwotnym założeniem. We wstępie doskonale znany filmowy lektor, Tomasz Knapik, przybliża nam w ogromnym historię Słowian. Jest to niewątpliwie zabieg, który pozwala wczuć się w klimat krążka. Zaproszeni do produkcji raperzy podołali niełatwemu zadaniu, aby spróbować dopasować teksty do motywu przewodniego – Słowian i zarówno warstwa tekstowa, jak i rapowana wpisuje się w atmosferę produkcji. Wśród tylu wykonawców musiały jednak znaleźć się produkcje lepsze i te nieco gorsze.
Na pewno warto wyróżnić tutaj kilka utworów. „Budź się" w wykonaniu Pezeta, Gurala i PIHa wypadło nadzwyczaj dobrze. Czy to zasługa oprawy muzycznej czy samych wykonawców – trudno powiedzieć. Utwór ewidentnie wpada w ucho i „przyczepia się" do człowieka na dłuższy czas.Ten Typ Mes bezapelacyjnie czuje słowiańskie flow i „Będą Cię nienawidzić" jest, według mnie, najlepszym utworem płyty.


Słabiej wypadli natomiast Chada, Sobota i Słoń w utworze „Niespokojna dusza" (mimo, że sam utwór jest niezwykle klimatyczny, można przypuszczać, że prasłowiańską aurę uratował jedynie zespół Percival). Nie podoba mi się również utwór Tedego – wykonanie rapera gryzie się z ogólnym założeniem projektu, a wers „Słowiańska Polska robi hałas" brzmi po prostu tanio. Rozumiem osoby, które uważają Tedego za legendę polskiego rapu, jednak osobiście nie podzielam tego stanowiska i nie uważam, żeby tylko z tego względu uważać wszystkie jego wykonania za „przynajmniej dobre" jak można było wyczytać wśród komentarzy słuchaczy.


Jeśli chodzi o muzykę, to jest bardzo równo, co w tym przypadku oznacza po prostu wyjątkowo dobrze. W pudełku z płytą znajdziemy też drugi krążek z wersjami instrumentalnymi, więc nawet osoby, które za bardzo za rapem nie przepadają, mogą poczuć prasłowiański klimat.


Na korzyść projektu przemawia również doskonale zaprojektowana okładka – cóż innego mogło ozdobić słowiański materiał, jeśli nie piękna Słowianka z warkoczem? Współpraca z dziewczyną o magnetycznej urodzie – Luxurią Astaroth zaowocowała kilkoma wyróżniającymi się teledyskami, niektóre z nich utrzymano w konwencji wręcz baśniowej. Mimo że, ku uciesze słuchaczy płci męskiej, jeden z nich wręcz kipi seksualnością, nie można uznać teledysków za tendencyjne, czy też porównać ich do tych oglądanych w popularnych muzycznych stacjach telewizyjnych.
Donatan napisał w książeczce dołączonej do płyty, że jego celem było oderwanie się od trendów i schematów rapu pochodzących zza oceanu. Cel został zrealizowany, można powiedzieć, że w o wiele większym stopniu, niż można było początkowo przypuszczać. O tym krążku będzie się jeszcze mówić i to nie tylko w kontekście muzyki. Produkcja Donatana z pewnością wpłynęła na wzrost zainteresowania pradawną słowiańską tradycją, kulturą i muzyką, a także na chęć dogłębnego poznania tej ostatniej (widać to na przykład, po ilości odtworzeń utworów zespołu Percival w ciągu ostatniego miesiąca w serwisie youtube).


Jeśli lubisz rap – na pewno znajdziesz na tej płycie coś dla siebie. Jeśli za polskim rapem nie przepadasz – włącz krążek z wersjami instrumentalnymi i wczuj się w słowiańskie klimaty. A podczas przypadającej dwa razy w roku równonocy pomyśl o swoich pradawnych przodkach. Projekt Donatana jest dla nas wszystkich. Bo przecież wszyscy jesteśmy Słowianami.


*może większość ;)




sobota, 30 marca 2013

Gdzie jest sułtan?



Nie mam dziś weny zupełnie do niczego, dlatego zaprezentuję tylko prawdziwą pocztówkową perełkę.





Brunei Darussalam, a mniej urzędowo po prostu Brunei jest położone w południowo-wschodniej Azji na północnym wybrzeżu wyspy Borneo. Graniczy z Malezją i ma dostęp do Morza Południowochińskiego.

Warto wspomnieć, że Brunei to monarchia absolutna- z sułtanem na czele. Na pocztówce możemy zobaczyć- krótko mówiąc- domek owego sułtana, a raczej sułtańską prawdziwą rezydencję. I- ponoć warty uwagi- meczet. Przedstawiono na niej stolicę - Bandar Seri Begawan. Miasto chwali się tym, że posiadają port lotniczy i uniwersytet- jak na takie małe państewko to rzeczywiście coś.

Całe państwo liczy około 400 tysięcy mieszkańców! z czego przeważająca większość mieszka w stolicy ;)

Pocztówkę otrzymałam w ramach swapu i można powiedzieć, że jest to prawdziwe szczęście bo postcrosserka szybko zrezygnowała z tej formy wymiany ;) 

Tyle na dzisiaj, niestety. 

piątek, 15 marca 2013

Ach ta Japonia!

Dzisiejsza partia niemieckiego zrobiona, dzień troszkę zabiegany, ale kolejne będą jeszcze bardziej. Wolne nieuchronnie zmierza ku końcowi, mam do załatwienia parę uczelnianych rzeczy i projekt w toku. A miałam zwolnić swoje życie...

Przychodzę więc z recenzją książki, książki polskiej. Annę znam z forum postcrossingu. Parę pocztówek, trochę postów - zawsze podobał mi się jej pisarski styl. Przypadkiem trafiłam na bloga, którego podczytuję. I przypadkiem dowiedziałam się również, że Anna pisze książkę. Tę książkę właśnie: 



Coś przyciąga ludzi do tego wyspiarskiego państwa, przez wielu kojarzonego głównie z sushi, mangą i anime, z samurajami i gejszami. Panuje jakaś powszechna moda na Japonię. Mnie Japonia jakoś szczególnie nie pociąga - chociaż lubię japońską literaturę, szczególnie dwóch autorów. Swego czasu jak chyba większość z nas :) oglądałam Czarodziejkę z księżyca (jeśli to w ogóle japońskie, wiem tylko, że w Japonii bardzo popularne). Anna Ikeda w swojej książce „Życie jak w Tochigi” postanowiła przedstawić inny obraz Japonii – codzienność japońskiej wsi. Już we wstępie autorka podkreśla, że nie będzie to książka stricte o Japonii, tylko o codziennym życiu w prefekturze Tochigi. Może to rozczarować wszystkich, którzy oczekiwali kolejnej lektury o tym, co typowo japońskie. Czytelnicy nie znajdą tam również samych zachwytów nad Japonią. Autorka widzi jej zalety, ale nie pomija wad czy też zwyczajów, które Europejczykowi trudno zrozumieć. Anna Ikeda opisuje swoje wspomnienia z poczuciem humoru, z dystansem podchodząc do niektórych aspektów, szczególnie tych kulturowych. Gaijin (tak określają Japończycy cudzoziemców) nie zna przecież zwyczajów i tradycji panujących w obcym kraju. Łatwo się wśród nich zagubić, szczególnie jeśli różnice kulturowe są duże – jak między Europą a Azją. 

Czytelnik dowiaduje się nie tylko, w jaki sposób Anna trafiła do Japonii i jak znalazła pracę, ale także między innymi jakie więzi społeczne między sobą tworzą Japończycy, co jest dla nich ważne i jak odnoszą się do obcokrajowców. Autorka potwierdza, jak bardzo dla mieszkańców Nipponu ważne jest zachowanie twarzy, ale także religia. Relacja jest niezwykle szczera, bo Ikeda nie raz sama brała udział w obrzędach. W powieści znajdują się również historie wywołujące uśmiech, na przykład o tym jak Annie przyszło zostać pastorem udzielającym ślubu czy o wizycie w kociej kawiarni (poważnie! takie są w Japonii :)) . Treść została wzbogacona zdjęciami, które pozwalają dodatkowo odkryć wizualną stronę Japonii i co dla wielu jest dodatkowym czynnikiem "przyciągającym" do lektury. 

Anna Ikeda nie zanudza datami, wydarzeniami historycznymi czy nazwami geograficznymi. Jeśli przytacza jakąś opowieść, która wymaga odpowiedniego tła historycznego, robi to z odpowiednią dozą poczucia humoru i w sposób przyswajalny dla czytelnika, który niekoniecznie zna Japonię i interesuje się nią. A ci, którym temat Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest obcy z pewnością znajdą w tej opowieści nowe fakty – mało kto miał okazję poznać klimat japońskiej wsi i generalizacja w tym przypadku nie jest przesadzona. 

Mimo zapewnień autorki, że nie jest to książka o Japonii, nie można do końca się z tym zgodzić. Japonia nie przenika tej powieści, ale jest obecna w życiu Anny. Jest tłem jej codzienności – pracy, domu, rodziny, przyjaciół. Warto więc sięgnąć po tę pozycję i poznać tę codzienność w iście japońskim stylu. 

Także jeśli lubicie książki o życiu w zupełnie innej kulturze, nawet, jeśli lubicie książki po prostu podróżnicze (choć tutaj ta podróż taka bardziej statyczna) to powinniście odkryć "Życie jak w Tochigi". Książka nie była jakoś specjalnie promowana (jak np. promowane jest tanie 50 twarzy Greya (sic!), a szkoda, bo wiele wartościowych pozycji umyka zwykłemu człowiekowi zaglądającemu od czasu do czasu do Empiku/księgarni/biblioteki :)


sobota, 2 marca 2013

Recenzja Profesor Klaus

Idzie mi całkiem nieźle ;) Oczywiście jestem "głucha" i gdy słucham zadań w ramach Hörverständnis idzie mi jak po grudzie, ale za to słownictwo i gramatyka wchodzą do głowy wg planu. Dopiero teraz widzę jaką dużą różnicę sprawia nauka z tzw. 'motywacją' niż nauka taka 'by sie uczyć' :) Dużą rolę odgrywa też psychologia motywacji, w którą wierzę ;) 
Dzisiaj postanowiłam zrecenzować program, który jest moim ulubionym w kwestii nauki słownictwa w każdym chyba z języków. Wymaga jednak systematyczności i gdy pominie się tak zwane powtórki, można się nieźle zapętlić. Ale po kolei. 



Edgard jest producentem programów do nauki języków obcych - każdy program ma swojego "patrona", nazwanego imieniem występującym z danym języku. Tak więc gdy chcemy poznać tajniki angielskiego chwytamy za profesora Henry'ego, włoskiego - profesora Mario, francuski profesor ma na imię bodajże Pierre, a niemiecki - czyli ten, który aktualnie jest moim językowym przyjacielem - Klaus. Kurs oczywiście nie składa się jedynie z samego słownictwa (posiadam również cały pakiet profesora Henry'ego, jednakże wielokrotne próby naukowe kończyły się szybkim zawieszeniem białej flagi ;)) - jest również płytka z gramatyką, słuchaniem i czytaniem - wszystkimi "działami" niezbędnymi nam do przyswojenia języka. Jednak mnie nie pociąga jakoś interaktywna nauka gramatyki - wolę starodawne książki drukowane. Dlatego z serii profesora Klausa posiadam jedynie słownictwo. I to będzie właśnie przedmiot mojej recenzji.

W pudełku znajdują się dwie płytki: jedna instalacyjna i druga, którą wybieramy jako płytkę kursową. Jak informuje nas pudełko, kurs przeznaczony jest dla początkujących, średnio zaawansowanych i zaawansowanych. Mamy również adnotację, że przygotowuje do egzaminów ZD i ZMP (w europejskiej klasyfikacji będzie to od poziomu B1 do C1). Rzeczywiście: możemy wybrać sobie poziom słownictwa ucząc się. Jeśli nie chcemy powtarzać całości, możemy wybrać poziom średni czy też zaawansowany. Mamy również możliwość wyboru części mowy, której chcemy się uczyć. Ja jednak zawsze miksuję poziomy i części mowy, żeby nie było nudno. Oczywicie kilka osób może korzystać z jednego programu - na początku wpisujemy swoje imię i cała nasza nauka przypisuje się do naszego konta. 

Praca z Profesorem Klausem jest dość żmudna i niekoniecznie fascynująca, ale co najważniejsze - skuteczna. Możemy wybrać kategorię z której chcemy uczyć się słówek lub zdań (albo tego i tego), domyślnie ustawione jest 10 wyrazów / zdań, ale możemy wybrać ich więcej w zależności od naszych potrzeb. Jak już mówiłam, uczę się 20 nowych słów dziennie, ale wybieram dwie różne kategorie. A są one naprawdę różne: od podróży, przez medycynę, miłość, rekcję czasownika, idiomy kończąc na słownictwie z tematyki jedzenia czy zawodów. Kategorie są naprawdę różnorodne i za to duży plus.

Jak pracować z programem? Przede wszystkim warto wysłuchać wprowadzenia: tzn. na ekranie z kurtyną pojawiają się wyrazy i ich polskie tłumaczenie, a lektor wypowiada dane słówko / zdanie. Następnie przechodzimy już do sedna nauki. Mamy 5 działów: rozumienie ze słuchu, tłumaczenie, dyktando, tłumaczenie ze słuchu i pisanie słówka samemu, z pamięci. Wszystko przelicza się na procenty, i do czasu , aż poprawnie nie napiszemy danego słówka, system nie pozwala nam opuścić ćwiczenia (oczywiście możemy zamknąć program, ale po co?). I co najważniejsze: programy z serii "Profesor" wyposażone są w tzw system inteligentnych powtórek. Oznacza to, że po przerobieniu materiału system zapisuje nam słówka, które powtórzymy za kilka dni (domyślnie jest 3, można to jednak zmienić). Co najważniejsze: im gorzej "idzie" nam nauka danego słówka tym szybciej i częściej będzie pojawiało się nam ono w powtórkach. Nudne i żmudne, ale jeszcze raz powtórzę - jakże skuteczne! Warto dodać, że do programu możemy dodać własną bazę słówek - funkcja przydatna przed sprawdzianem czy klasówką. 

Ja bardzo polubiłam - jak to nazywam - słówko w kontekście. Do niektórych wyrazów dołączone jest zdanie czytane przez lektora i przetłumaczone na polski - świetna nauka dodatkowych wyrazów, przyimków, zaimków i tym podobnych. Zdania takie w starodawny i mozolny sposób przepisuję do zeszytu - tak uczę się lepiej. 

Wg twórców najważniejsze jest systematyczne powtarzanie, co pewnie oczywiście wiemy. Myślę, że każdy z nas spędza przed ekranem komputera tyle czasu, że poświęcenie 30 minut na naukę z takim programem w obojętnie jakim języku może zaowocować naprawdę trwałym zapamiętaniem danego słówka. Materiału nie jest dużo na jeden raz (nie to co w szkole, że uczyliśmy się 100 słów wg reguły zakuj-zdaj-zapomnij) i jest on systematycznie powtarzamy - trochę psychologicznie rzecz ujmując: cały czas przypominany jest nam ten sam "obraz dźwiękowy". W końcu na trwałe uda się nam go zapamiętać ;) 

Co najważniejsze - lektorzy! Nie dość, że piszemy, to jeszcze słuchamy rodowitych Niemców. Ćwiczenia są przyrywane przez ciekawe niemieckie powiedzenia i przysłowia oraz zdjęcia z państw niemieckojęzycznych - chwila odpoczynku dla naszego zmęczonego nauką mózgu ;)) 

Ciekawą rzeczą jest również tryb QA czyli Question - Answer. Polega on jedynie na tym, iż w tym przypadku samooceniamy siebie - twórcy "wsadzili" tu rzadziej spotykane powiedzenia i synonimy znanych nam już wyrazów. 

Możemy wykorzystać również ćwiczenia dodatkowe - jednak ja nie przepadam za tego typu rodzajem ćwieczeń, więc ich nie używam. Jeśli ktoś lubi "naukę poprzez zabawę" to z pewnością memo czy inne gry językowe spodobają mu się. Wykorzystują one przerobiony materiał. 

Jeśli chodzi o naukę słownictwa to jest to najlepszy program z jakim się spotkałam i jedyne czego mi brakuje to.. wytrwałość. Słomiany zapał zbyt często mnie dopada :D Żeby nie zaprzepaścić nauki trzeba zmuszać się do tych powtórek, nawet, gdy bardzo nam się nie chce. Ale niektóre słowa na zawsze "wryją" nam się w pamięć i będziemy mogli zabłysnąć na egzaminie językowym: do dziś w języku angielskim znam takie cuda jak lejek, soczewica czy kamienica czynszowa (właśnie dzięki programowi Profesor Henry)


Ocena: 9/10

czwartek, 21 lutego 2013

Reaktywacja bloga, niemiecki i inne ważne sprawy ;)

Bloga reaktywuję po to by kontrolować moje postępy w nauce języków obcych - głównie niemieckiego, ale także innych, jeśli zajdzie taka potrzeba. Spróbuję rozpisywać sobie tutaj plany naukowe, jakie powinnam zrealizować na dany tydzień i sukcesywnie opisać co mi się udało. Do końca roku 2014 chciałabym wreszcie zdać profesjonalny z angielskiego i B2 z niemieckiego. Także czas na intensywną naukę. Oczywiście nie będzie tylko o językach, będzie jeszcze o wielu ważnych sprawach, których nie mam gdzie opisywać, a czasem potrzebuję się po prostu wypisać.Recenzje i przemyślenia. Ale zacznijmy od dziś. Dzięki mojemu obrazkowemu słownikowi z PONSA codziennie mogę wbić sobie do głowy 10 słówek. Słownik kosztował mnie trochę,ale było warto. Wygląda tak:



 Myślę, że liczba którą wybrałam jest stosowna. Do tego codziennie 20 słówek z Profesora Klausa co daje mi dobry wynik 30 słów dziennie. Mam nadzieję, że wytrwam tym razem!