sobota, 30 marca 2013

Gdzie jest sułtan?



Nie mam dziś weny zupełnie do niczego, dlatego zaprezentuję tylko prawdziwą pocztówkową perełkę.





Brunei Darussalam, a mniej urzędowo po prostu Brunei jest położone w południowo-wschodniej Azji na północnym wybrzeżu wyspy Borneo. Graniczy z Malezją i ma dostęp do Morza Południowochińskiego.

Warto wspomnieć, że Brunei to monarchia absolutna- z sułtanem na czele. Na pocztówce możemy zobaczyć- krótko mówiąc- domek owego sułtana, a raczej sułtańską prawdziwą rezydencję. I- ponoć warty uwagi- meczet. Przedstawiono na niej stolicę - Bandar Seri Begawan. Miasto chwali się tym, że posiadają port lotniczy i uniwersytet- jak na takie małe państewko to rzeczywiście coś.

Całe państwo liczy około 400 tysięcy mieszkańców! z czego przeważająca większość mieszka w stolicy ;)

Pocztówkę otrzymałam w ramach swapu i można powiedzieć, że jest to prawdziwe szczęście bo postcrosserka szybko zrezygnowała z tej formy wymiany ;) 

Tyle na dzisiaj, niestety. 

piątek, 15 marca 2013

Ach ta Japonia!

Dzisiejsza partia niemieckiego zrobiona, dzień troszkę zabiegany, ale kolejne będą jeszcze bardziej. Wolne nieuchronnie zmierza ku końcowi, mam do załatwienia parę uczelnianych rzeczy i projekt w toku. A miałam zwolnić swoje życie...

Przychodzę więc z recenzją książki, książki polskiej. Annę znam z forum postcrossingu. Parę pocztówek, trochę postów - zawsze podobał mi się jej pisarski styl. Przypadkiem trafiłam na bloga, którego podczytuję. I przypadkiem dowiedziałam się również, że Anna pisze książkę. Tę książkę właśnie: 



Coś przyciąga ludzi do tego wyspiarskiego państwa, przez wielu kojarzonego głównie z sushi, mangą i anime, z samurajami i gejszami. Panuje jakaś powszechna moda na Japonię. Mnie Japonia jakoś szczególnie nie pociąga - chociaż lubię japońską literaturę, szczególnie dwóch autorów. Swego czasu jak chyba większość z nas :) oglądałam Czarodziejkę z księżyca (jeśli to w ogóle japońskie, wiem tylko, że w Japonii bardzo popularne). Anna Ikeda w swojej książce „Życie jak w Tochigi” postanowiła przedstawić inny obraz Japonii – codzienność japońskiej wsi. Już we wstępie autorka podkreśla, że nie będzie to książka stricte o Japonii, tylko o codziennym życiu w prefekturze Tochigi. Może to rozczarować wszystkich, którzy oczekiwali kolejnej lektury o tym, co typowo japońskie. Czytelnicy nie znajdą tam również samych zachwytów nad Japonią. Autorka widzi jej zalety, ale nie pomija wad czy też zwyczajów, które Europejczykowi trudno zrozumieć. Anna Ikeda opisuje swoje wspomnienia z poczuciem humoru, z dystansem podchodząc do niektórych aspektów, szczególnie tych kulturowych. Gaijin (tak określają Japończycy cudzoziemców) nie zna przecież zwyczajów i tradycji panujących w obcym kraju. Łatwo się wśród nich zagubić, szczególnie jeśli różnice kulturowe są duże – jak między Europą a Azją. 

Czytelnik dowiaduje się nie tylko, w jaki sposób Anna trafiła do Japonii i jak znalazła pracę, ale także między innymi jakie więzi społeczne między sobą tworzą Japończycy, co jest dla nich ważne i jak odnoszą się do obcokrajowców. Autorka potwierdza, jak bardzo dla mieszkańców Nipponu ważne jest zachowanie twarzy, ale także religia. Relacja jest niezwykle szczera, bo Ikeda nie raz sama brała udział w obrzędach. W powieści znajdują się również historie wywołujące uśmiech, na przykład o tym jak Annie przyszło zostać pastorem udzielającym ślubu czy o wizycie w kociej kawiarni (poważnie! takie są w Japonii :)) . Treść została wzbogacona zdjęciami, które pozwalają dodatkowo odkryć wizualną stronę Japonii i co dla wielu jest dodatkowym czynnikiem "przyciągającym" do lektury. 

Anna Ikeda nie zanudza datami, wydarzeniami historycznymi czy nazwami geograficznymi. Jeśli przytacza jakąś opowieść, która wymaga odpowiedniego tła historycznego, robi to z odpowiednią dozą poczucia humoru i w sposób przyswajalny dla czytelnika, który niekoniecznie zna Japonię i interesuje się nią. A ci, którym temat Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest obcy z pewnością znajdą w tej opowieści nowe fakty – mało kto miał okazję poznać klimat japońskiej wsi i generalizacja w tym przypadku nie jest przesadzona. 

Mimo zapewnień autorki, że nie jest to książka o Japonii, nie można do końca się z tym zgodzić. Japonia nie przenika tej powieści, ale jest obecna w życiu Anny. Jest tłem jej codzienności – pracy, domu, rodziny, przyjaciół. Warto więc sięgnąć po tę pozycję i poznać tę codzienność w iście japońskim stylu. 

Także jeśli lubicie książki o życiu w zupełnie innej kulturze, nawet, jeśli lubicie książki po prostu podróżnicze (choć tutaj ta podróż taka bardziej statyczna) to powinniście odkryć "Życie jak w Tochigi". Książka nie była jakoś specjalnie promowana (jak np. promowane jest tanie 50 twarzy Greya (sic!), a szkoda, bo wiele wartościowych pozycji umyka zwykłemu człowiekowi zaglądającemu od czasu do czasu do Empiku/księgarni/biblioteki :)


sobota, 2 marca 2013

Recenzja Profesor Klaus

Idzie mi całkiem nieźle ;) Oczywiście jestem "głucha" i gdy słucham zadań w ramach Hörverständnis idzie mi jak po grudzie, ale za to słownictwo i gramatyka wchodzą do głowy wg planu. Dopiero teraz widzę jaką dużą różnicę sprawia nauka z tzw. 'motywacją' niż nauka taka 'by sie uczyć' :) Dużą rolę odgrywa też psychologia motywacji, w którą wierzę ;) 
Dzisiaj postanowiłam zrecenzować program, który jest moim ulubionym w kwestii nauki słownictwa w każdym chyba z języków. Wymaga jednak systematyczności i gdy pominie się tak zwane powtórki, można się nieźle zapętlić. Ale po kolei. 



Edgard jest producentem programów do nauki języków obcych - każdy program ma swojego "patrona", nazwanego imieniem występującym z danym języku. Tak więc gdy chcemy poznać tajniki angielskiego chwytamy za profesora Henry'ego, włoskiego - profesora Mario, francuski profesor ma na imię bodajże Pierre, a niemiecki - czyli ten, który aktualnie jest moim językowym przyjacielem - Klaus. Kurs oczywiście nie składa się jedynie z samego słownictwa (posiadam również cały pakiet profesora Henry'ego, jednakże wielokrotne próby naukowe kończyły się szybkim zawieszeniem białej flagi ;)) - jest również płytka z gramatyką, słuchaniem i czytaniem - wszystkimi "działami" niezbędnymi nam do przyswojenia języka. Jednak mnie nie pociąga jakoś interaktywna nauka gramatyki - wolę starodawne książki drukowane. Dlatego z serii profesora Klausa posiadam jedynie słownictwo. I to będzie właśnie przedmiot mojej recenzji.

W pudełku znajdują się dwie płytki: jedna instalacyjna i druga, którą wybieramy jako płytkę kursową. Jak informuje nas pudełko, kurs przeznaczony jest dla początkujących, średnio zaawansowanych i zaawansowanych. Mamy również adnotację, że przygotowuje do egzaminów ZD i ZMP (w europejskiej klasyfikacji będzie to od poziomu B1 do C1). Rzeczywiście: możemy wybrać sobie poziom słownictwa ucząc się. Jeśli nie chcemy powtarzać całości, możemy wybrać poziom średni czy też zaawansowany. Mamy również możliwość wyboru części mowy, której chcemy się uczyć. Ja jednak zawsze miksuję poziomy i części mowy, żeby nie było nudno. Oczywicie kilka osób może korzystać z jednego programu - na początku wpisujemy swoje imię i cała nasza nauka przypisuje się do naszego konta. 

Praca z Profesorem Klausem jest dość żmudna i niekoniecznie fascynująca, ale co najważniejsze - skuteczna. Możemy wybrać kategorię z której chcemy uczyć się słówek lub zdań (albo tego i tego), domyślnie ustawione jest 10 wyrazów / zdań, ale możemy wybrać ich więcej w zależności od naszych potrzeb. Jak już mówiłam, uczę się 20 nowych słów dziennie, ale wybieram dwie różne kategorie. A są one naprawdę różne: od podróży, przez medycynę, miłość, rekcję czasownika, idiomy kończąc na słownictwie z tematyki jedzenia czy zawodów. Kategorie są naprawdę różnorodne i za to duży plus.

Jak pracować z programem? Przede wszystkim warto wysłuchać wprowadzenia: tzn. na ekranie z kurtyną pojawiają się wyrazy i ich polskie tłumaczenie, a lektor wypowiada dane słówko / zdanie. Następnie przechodzimy już do sedna nauki. Mamy 5 działów: rozumienie ze słuchu, tłumaczenie, dyktando, tłumaczenie ze słuchu i pisanie słówka samemu, z pamięci. Wszystko przelicza się na procenty, i do czasu , aż poprawnie nie napiszemy danego słówka, system nie pozwala nam opuścić ćwiczenia (oczywiście możemy zamknąć program, ale po co?). I co najważniejsze: programy z serii "Profesor" wyposażone są w tzw system inteligentnych powtórek. Oznacza to, że po przerobieniu materiału system zapisuje nam słówka, które powtórzymy za kilka dni (domyślnie jest 3, można to jednak zmienić). Co najważniejsze: im gorzej "idzie" nam nauka danego słówka tym szybciej i częściej będzie pojawiało się nam ono w powtórkach. Nudne i żmudne, ale jeszcze raz powtórzę - jakże skuteczne! Warto dodać, że do programu możemy dodać własną bazę słówek - funkcja przydatna przed sprawdzianem czy klasówką. 

Ja bardzo polubiłam - jak to nazywam - słówko w kontekście. Do niektórych wyrazów dołączone jest zdanie czytane przez lektora i przetłumaczone na polski - świetna nauka dodatkowych wyrazów, przyimków, zaimków i tym podobnych. Zdania takie w starodawny i mozolny sposób przepisuję do zeszytu - tak uczę się lepiej. 

Wg twórców najważniejsze jest systematyczne powtarzanie, co pewnie oczywiście wiemy. Myślę, że każdy z nas spędza przed ekranem komputera tyle czasu, że poświęcenie 30 minut na naukę z takim programem w obojętnie jakim języku może zaowocować naprawdę trwałym zapamiętaniem danego słówka. Materiału nie jest dużo na jeden raz (nie to co w szkole, że uczyliśmy się 100 słów wg reguły zakuj-zdaj-zapomnij) i jest on systematycznie powtarzamy - trochę psychologicznie rzecz ujmując: cały czas przypominany jest nam ten sam "obraz dźwiękowy". W końcu na trwałe uda się nam go zapamiętać ;) 

Co najważniejsze - lektorzy! Nie dość, że piszemy, to jeszcze słuchamy rodowitych Niemców. Ćwiczenia są przyrywane przez ciekawe niemieckie powiedzenia i przysłowia oraz zdjęcia z państw niemieckojęzycznych - chwila odpoczynku dla naszego zmęczonego nauką mózgu ;)) 

Ciekawą rzeczą jest również tryb QA czyli Question - Answer. Polega on jedynie na tym, iż w tym przypadku samooceniamy siebie - twórcy "wsadzili" tu rzadziej spotykane powiedzenia i synonimy znanych nam już wyrazów. 

Możemy wykorzystać również ćwiczenia dodatkowe - jednak ja nie przepadam za tego typu rodzajem ćwieczeń, więc ich nie używam. Jeśli ktoś lubi "naukę poprzez zabawę" to z pewnością memo czy inne gry językowe spodobają mu się. Wykorzystują one przerobiony materiał. 

Jeśli chodzi o naukę słownictwa to jest to najlepszy program z jakim się spotkałam i jedyne czego mi brakuje to.. wytrwałość. Słomiany zapał zbyt często mnie dopada :D Żeby nie zaprzepaścić nauki trzeba zmuszać się do tych powtórek, nawet, gdy bardzo nam się nie chce. Ale niektóre słowa na zawsze "wryją" nam się w pamięć i będziemy mogli zabłysnąć na egzaminie językowym: do dziś w języku angielskim znam takie cuda jak lejek, soczewica czy kamienica czynszowa (właśnie dzięki programowi Profesor Henry)


Ocena: 9/10